Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka/muzika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka/muzika. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lutego 2013

JESIEŃ W LONDYNIE ALBO MILAN PETROVIĆ QUARTET W POŁUDNIE



JESIEŃ W LONDYNIE ALBO MILAN PETROVIĆ QUARTET W POŁUDNIE

Początek lutego zaczął się miłą niespodzianką dla amatorów jazzu. W Młodzieżowym Domu Kultury w Belgradzie rozpoczął się cykl Beogradski Jazz Matine czyli koncerty w sobotę o 13.00, na których publiczności przedstawiają się młode formacje jazzowe. Jakkolwiek dziwna wydaje się pora, pomysł okazał się świetnym trafieniem i już którąś sobotę z rzędu Sala Americana wypełnia się po brzegi publicznością przynależącą do różnych grup wiekowych, społecznych, zawodowych – krótko mówiąc bardzo zróżnicowaną pod każdym względem.
Moją inspiracją do napisania tego tekstu był koncert Milana Petrovicia, którego miałam przyjemność (niekłamaną!) słuchać już, któryś kolejny raz (oczywiście nie koncertu tylko Milana!).
Milan Petrović Quartet to jedna z najaktywniejszych formacji na serbskiej scenie jazzowej. Zespół obok jazzu gra także blues oraz instrumentalny funk. Nierzadko w ich wykonaniu można usłyszeć znane tematy jazzowe w ich oryginalnych, własnych aranżacjach. Taki  jest właśnie ubiegłoroczny album Excursion (2012). Oprócz Milana Petrovicia, świetnego klawiszowca i aranżera, na uwagę zasługuje Lehel Nadji, saksofonista zespołu. A wracając do płyty Excursion to moją szczególną sympatię oprócz już wymienionej w tytule Jesieni w Londynie zdobyły utwory „Belgrade funky town“ oraz „Santorini view“.
Mówiąc o młodych serbskich formacjach jazzowych należy koniecznie wymienić, cieszący się coraz większą sławą, zespół EYOT. Muzycy grający w składzie: fortepian, gitara, perkusja i gitara basowa łączą w swej muzyce delikatny jazz, w którym dominuje wysublimowany fortepian z elementami muzyki etnicznej i ambientu, co w efekcie daje niezwykłe brzmienie na kanwie jazzu www.youtube.com/watch?v=qE9ZPyQ5Udk.
Tyle o Belgradzkim  Jazz Matine. Wśród moich serbskich jazz faworytów jest  saksofonista Nesa Petrović. Trudno jest bowiem pozostać obojętnym słuchając utworu Oranz:  www.youtube.com/watch?v=_BPqs-YudpY . Dużo wcześniej muzyk uczestniczył w ciekawym projekcie muzycznym pod tytułem Campus Caravan.  W roku 2011 można go było posłuchać podczas Belgradzkiego Festiwalu Jazzowego w formacji Nesa Petrović Qurtet: www.youtube.com/watch?v=r-Mw6byNSJE.  Nesa Petrović udziela się nie tylko jako muzyk jazzowy. Jest także od lat saksofonistą w zespole Emira Kusturicy The No Smoking Orchesta  www.youtube.com/watch?v=LTid4v81Q78, który kilkakrotnie gościł również w Polsce.

W Belgradzie jest kilka miejsc, gdzie można posłuchać dobrego jazzu. Te, które ja znam i mogę polecić, to klub Ptica (Ptak) – ze swoim niesamowitym bandem. Poza tym, że dobrze grają, patrząc na nich trudno się oprzeć wrażeniu, że muzycy są jednocześnie pionierami i weteranami jazzu – średnia wieku muzyków to ± 65 lat :) Gdyby tylko ktoś popracował nad wystrojem klubu (jest bez wyrazu, nawet nie można powiedzieć, że jest „zimny” czy niegustowny – jest po prostu całkiem nijaki) mogłoby to być kultowe miejsce, gdzie się gra stary dobry, klasyczny jazz, gdzie zmrużenie oczu przenosiłoby naszą wyobraźnię na początek ubiegłego wieku. Póki co, dobra muzyka w byle jakim otoczeniu.
Jazz Club Cekaonica (Poczekalnia jazzowa) ma całkiem inny charakter. To zdecydowanie undergroundowe miejsce, gdzie trudno spotkać przypadkowych gości – choćby z tego względu, ze wdrapanie się na ósme piętro (winda na ogół nie działa, a nawet jak działa to ja nie odważyłabym się na jazdę, która równa byłaby wyczynowi w stylu „droga w nieznane” – przynajmniej w moim wyobrażeniu). W Cekaonicy można posłuchać niezłej muzyki. W lecie koncerty robione są na tarasie, z którego rozpościera się fenomenalny widok na Belgrad: i jest jak w jednej z piosenek Maanamu – duszna gorąca noc, światła wielkiego miasta, dym z papierosa, a do tego świetny jazz. W takim otoczeniu po raz pierwszy „na żywo” usłyszałam  Katarinę Pejak – fenomenalną jazz wokalistkę – drobną, uroczą  dziewczynę  z pięknym głosem: www.youtube.com/watch?v=1h4dtYwYQ6w  i  www.youtube.com/watch?v=T4A-vHPp_3g Potem jeszcze kilkakrotnie słuchałam Katariny w innych klubach, ale nigdy nie zrobiła mnie takiego wrażenia jak Cekaonicy – było chwilę po północy, na dworze ze 35 stopni, rozgrzane powietrze drgało i nie można się było oprzeć wrażeniu, że miasto faluje, że odpływa, a może przypływa, trudno było oddychać, a sprawy wcale nie ułatwiał powiewający od czasu do czasu gorący, wręcz pustynny wiatr, a ponad wszystkim panował niesamowity głos Katariny Pejak! Cóż za przeżycie!
Amatorom przeżyć wielozmysłowych (tu się jednak nie obejdzie bez zasobnego portfela) z pełną odpowiedzialnością polecam Iguanę: tu jest wszystko jest dobre: dobry jazz, dobre jedzenie, dobry widok na Dunaj.
I na koniec jeszcze jeden klub. Mój ulubiony. Jazzoran. Ukryty przed przypadkowymi gośćmi, otwierający drzwi tylko przed wtajemniczonymi. Woalem tajemnicy okryta jest nie tylko zewnętrzna powłoka (adres), ale i wnętrze (skład zespołu danego wieczoru). A całość udekorowana uśmiechem Nataszy, ogniem z kominka i grzańcem w zimie i głosem Sasy Sopceka czyni całość idealną. Żegnam się więc na dziś Jazztoranowymi klimatami:  www.youtube.com/watch?v=YCg0RhXYXMA

środa, 29 sierpnia 2012

LETNIA BELGRADZKA MOZAIKA


LETNIA BELGRADZKA MOZAIKA
Pierwszy obraz
Stary BIGZ. Ogromny budynek – moloch, w którym niegdyś mieścił się budzący respekt wydawniczy kombinat. Dziś zaniedbany i popadający w ruinę. W pewnym momencie „przyuważyli” go młodzi muzycy i opanowali część pomieszczeń. A że młodzi muzycy to świat zasadniczo nieforsiasty budynek i dalej niszczeje – tym bardziej, że trudno inwestować w coś, co należy niewiadomo do kogo. Tak na marginesie Belgrad jest miastem mogącym się „pochwalić” ogromną ulicą straszących ogromnych budowli – niegdyś siedzib wielkich świetnie prosperujących przedsiębiorstw państwowych, dziś  rozpadających się potworów o niejasnej strukturze własnościowej pogłębiających tylko przygnębiające wrażenie ziemi niczyjej. Wróćmy do Bigzu. Sierpniowy wieczór. Upalny do bólu. Na ósmym piętrze koncert Katariny Pejak. Młodej artystki o niesamowitym głosie, o której – jestem do tego w stu procentach pewna - świat jeszcze usłyszy. Samo wejście do budynku jest przeżyciem samym w sobie – underground w czystej postaci. Trudno się oprzeć wrażeniu, że próg budynku jest progiem oddzielającym dwa różne światy i jego przekroczenie jest równoznaczne z cofnięciem się w czasie o przynajmniej pół wieku. Oczywiście winda nie działa – a nawet gdyby działała to nie jestem pewna czy miałabym odwagę do niej wejść. Mimo, że wspinamy się w górę to wciąż mi się wydaje, że każde kolejne piętro jest coraz niższą kondygnacją prowadzącą do miejskiego Tartaru.
Dotarliśmy na szczyt – pomieszczenie, które w zamiarze miało być klubem, ale najwyraźniej pomysłodawca zniechęcił się w połowie drogi.. nieważne. Taras, wielki, z cudowną panoramą na pół Belgradu... naprawdę pięknie! Potem dwie godziny świetnej muzyki. Najwyraźniej underground pryzmat sprawił, że to co słyszały uszy i na co patrzyły oczy stało się jeszcze wyraźniejsze. Suma sumarum niesamowite przeżycie: i jako całość, i wszystko z osobna.

http://www.youtube.com/watch?v=THzgC4EXjew
http://www.youtube.com/watch?v=iOQAgP2C1s8

Drugi obraz
Zupełnie przypadkowe spotkanie. Trochę nieprawdopodobna opowieść o tajemniczej Jazztoracji. Potem telefon z zaproszeniem. Zemun – austrowęgierska część Belgradu, niegdyś odrębne miasteczko, które w jakimś momencie zlało się z Belgradem - ku wyraźnemu niezadowoleniu mieszkańców Zemuna. Mam problem ze znalezieniem uliczki (gospodarz mnie zresztą ostrzegł, że tak będzie) – koło kościoła jest ta uliczka, koło tej tamta, a 50 metrów dalej ta, która prowadzi do mojej. Jest! Niesamowite miejsce, do którego zmierzam to koniec ulicy... kojarzy się z kresem drogi – nie można pójść już dalej... konspiracyjnie pukam kołatką i.... znowu próg, który oddziela dwa światy! Zamyka się za mną brama i oto nagle znalazłam się w toskańskiej trattorii...tak mi się zdaje, gdy rozglądam się po podwórku z ciasno ustawionymi stoliczkami ... ale gdy zerknę w bok jestem przekonana, że siedzę nad morzem – widzę tylko taflę wody podczas, a drugi brzeg Dunaju ukrył się gdzieś w półmroku. Miejsce jedyne w swoim rodzaju – koncerty dla przyjaciół w domu i organizacji Sasy Sopceka i jego uroczej towarzyszki Nataszy. Byłam parokrotnie. Za każdym razem świetny jazz w wykonaniu mistrzów – niby nonszalancja, a jednak wysoka klasa. Przyszło mi w pewnym momencie do głowy, że wraz z przekroczeniem progu Jazztoracji osiągnęłam kolejny stopień wtajemniczenia... miasto dopuściło mnie do swojej tajemnicy, ukrytego miejsca, gdzie czas mierzy się ilością taktów i nikogo nie martwi to, że północ juz dawno minęła...

http://www.youtube.com/watch?v=RG0L3aPmmtc
http://www.youtube.com/watch?v=W73nEzCrdBc&feature=relmfu

Trzeci obraz
Ulica Skadarska – potocznie zwana Skadarlją. Miejsce niezwykle popularne wśród turystów, a ze względu na ceny unikane przez „tubylców”.  Uliczka, gdzie niegdyś królowała tutejsza bohema – pisarze, aktorzy, reżyserzy, dyrektorzy teatrów – tu się tworzyło wielkie dzieła i później czciło ich sukcesy bądź analizowało porażki! Dziś jest to miejsce kojarzące się z kilkunastoma tradycjonalnymi restauracjami usytuowanymi po obu stronach ulicy i kilkoma galeriami. Uroku uliczce dodaje „skadarska aktorka” przechadzającą się od restauracji do restauracji i recytująca wiersze największych serbskich poetów, niegdyś bywalców Skadarlji. Ale to nie jedyna atrakcja Skadarlji – każda restauracja ma swoją własną orkiestrę, która w letnie wieczory nie rzadko sytuuje się przed budynkiem restauracji koncertując pod chmurką. Zdarza się, ze kilkanaście orkiestr stojąc niemalże obok siebie gra w zapamiętaniu własny repertuar... efekt końcowy bywa czasem... hmmm mało muzyczny - delikatnie rzecz biorąc. Obserwowałam kiedyś myzykantów (myślę, że to najwłaściwsze określenie dla skadarskich „artystów” – z całą moją sympatią względem tychże) i nie mogłam sie oprzeć wrażeniu, że wielu z nich przygrywa ot tak dla własnej przyjemności, niezależnie od tego co akurat gra pozostała część orkiestry... razu, któregoś w Skadarlji gościł maestro Robby Lakatos  oraz jego orkiestra – wyszedł zachwycony mistrzostwem lokalnych muzyków – najbardziej zachwycił go skrzypek mający zamiast strun...kabelki telefoniczne... słyszałam na własne uszy :)
No i jeszcze kocie łby... autentyczne, XIX-wieczne i nie do pokonania w butach na obcasie.
Pamiętam Skadarlję w czasach jej świetności – w 1989 roku turystów tam było tak wielu, że nie sposób było się przepchać z jednego krańca na drugi – potem zupełnie opustoszała... była smutną zapomnianą uliczką... teraz, wraz z powrotem do Belgradu turystów, Skadarlja stara się odzyskać swój dawny splendor... ale czas i nieinwestowanie w obiekty zrobiły swoje – dziś Skadarlja przypomina podstarzałą damę, która żyje dawnymi wspomnieniami, ale wyświechtany strój  zdradza jej wiek i status...
Mimo to miło jest przespacerować się tamtędy od czasu do czasu, usiąść na chwilę przy lampce wina i posłuchać staromiejskiej muzyki w wykonaniu skadarskich, na swój sposób urokliwych „orkiestrantów”

http://www.youtube.com/watch?v=-qAKpnb73ms
http://www.youtube.com/watch?v=MrtSl4bieQQ&feature=relmfu

BESTER QUARTET PONOVO U SRBIJI


BESTER QUARTET PONOVO U SRBIJI

Srpska publika će u septembru ponovo imati priliku da poseti koncert formacije  Bester Quartet. Ovaj put mogućnost uživanja u prelepim muzičkim aranžacijama i izvođenju Bester Quartet-a imaće ne samo Beograđani, već i Nišlije.  
Ovogodišnji koncerti odvijaju se u sklopu promocije novog albuma grupe, koji u nekom smislu oslikava transformaciju  veoma poznate po izvođenju klezmerske muzike grupe The Cracow Klezmer band u Bester Quartet. Grupa je dobila ne samo novo ruho u smislu imena već je i transformisala svoj repertoar i već nekoliko godina u tom novom izdanju podjednako kao i pre oduševljava publiku sopstvenim aranžacijama. Ploču Metamorphfoses čini deset melodija zasnovanih na klasičnim formama koje su obogaćene elementima improvizacije. Muzičari su uspeli, uostalom kao i svaki put do sad, da naprave neponovljivu klimu koju obeležava mekoća muzičkih boja i nostalgija. 
Oni koji vole ovu vrstu muzike neće moći da ostanu ravnodušan slušajući The time of freedom, Hope ili naslovnu pesmu Metamorphoses. Svaka melodija je neponovljiva, intrigantna, privlačna i zarazna u nekom smislu.
Ispod imena Bester Quartet kriju se zapravo četiri muzičara: Jaroslav Bester – ruska harmonika, Jaroslav Tirala – violina, Oleg Diiak - ruska harmonika, klarinet, duduk, bubnjevi i Mikolaj Pospješalski – kontrabas. Svako od njih ima klasično muzičko obrazovanje, a osim toga je sjajan instrumentalista. U tom kontekstu i ne čudi što je i njihova muzika sjajna – iako zasnovana na klasičnom kanonu ipak stilski veoma „široka“. Dnas grupa izvodi uglavnom improvizacije u kojima su spojeni elementi džeza, klasične i avangardne muzike, a u pozadini se čuje klezmerska muzika, iz koje je bend 1997. godine ponikao i započeo (iako pod drugim imenom) svoju muzičku karijeru.
Bend je do sad ne samo sarađivao sa čuvenim muzičarima (Tomasz Stańko, John Zorn, John McLean), već je i svirao u mnogim prestižnim dvoranama i klubovima širom Evrope i sveta.  Prošle godine Bester Quartet je nastupao na Kolarcu u Beogradu. Muzičari već mnogo godina sarađuju sa prestižnom njujorškom muzičkom kućom Tzadik Johna Zorna – gde su izdali ne samo poslednji, već i sedam ranijih albuma: DeProfundis, TheWarriors, Bereshit, Sanatorium under the Sign of the Hourglass,  Balan, Remembrance,  Metamorphoses.
Svi oni koji žele da po prvi put ili pak ponovo čuju grupu Bester Quartet imaće za to priliku 18.09.2012. god. u 19.30., kad će muzičari svirati u Narodnom pozorištu u Beogradu i i 20.09., u isto vreme u Niškom kulturnom centru, dok će se koncert u Sofiji održati  21.09.2012. god.   
http://www.youtube.com/watch?v=U0pZsADul8k
http://www.youtube.com/watch?v=codcMi2qmYo&feature=share  

środa, 4 lipca 2012

IGRA ROCK’N’ROLL CELA JUGOSLAVIJA (TAŃCZY ROCK ‘N’ ROLL CAŁA JUGOSŁAWIA) HTTP://WWW.YOUTUBE.COM/WATCH?V=2TCETCBTOOK


Igra Rock’n’Roll cela Jugoslavija
(Tańczy rock ‘n’ roll cała Jugosławia)
http://www.youtube.com/watch?v=2TcETcbtook

Serbom możemy zarzucać różne rzeczy, lubić ich lub nie, ale na pewno nie można im odmówić muzykalności i rozśpiewania. Przysłuchując się czasem nieprawdopodobnym ilościom piosenek jakie  są w stanie zaśpiewać bez zastanawiania się nad kolejnym punktem repertuaru, mam czasem wrażenie, że jeśli nie każdy to przynajmniej co drugi Serb nosi w sobie ukryty juke box i naprawdę nie radzę stawać z nimi w szranki w dziedzinie znanych piosenek.
Słucha się w Serbii, jak w każdym innym miejscu na świecie, muzyki bardzo różnej – tej znanej wszędzie – Serbia się może pochwalić przynajmniej kilkoma festiwalami o naprawdę światowym wymiarze: Exit, Beer Fest, Międzynarodowy Festiwal Jazzowy, czy całkiem niedawna impreza Belgrade Calling. Wcale nie tak rzadko można pójść na koncerty wielkich gwiazd muzyki fado, bluesa, świetnych balladzistów posłuchać old boyów ale i wschodzących gwiazd rocka, itp. Ale równie chętnie, jak światowych Serbowie (i wszystkie inne narody byłej Jugosławii) słuchają wykonawców z własnego podwórka. Tu wyraźnie wyodrębniają się przynajmniej trzy nurty: folklor, turbo folk i będący tematem moich dzisiejszych rozważań eks-yu rock. Rozwój i uwielbienie dla każdego z trzech nurtów wyrasta w swoisty fenomen kulturologiczny. Folklor, którego my się zasadniczo wstydzimy uważając go  „wieśniacką” formę twórczości, jest tu bardzo ceniony – żeby nie powiedzieć hołubiony.  Myślę, że nie przesadzę jeśli powiem, że w każdej rodzinie jest przynajmniej jedna osoba mająca w swym życiorysie przygodę z folklorem w formie udziału w zespole folklorystycznym. Młodzież nie wstydzi się przyznać, że tańczy (gra) w takich zespołach – ba jest to nawet forma image (i sposób na zwiedzenie świata!), a kto choć raz widział występy bałkańskich zespołów folklorystycznych doskonale wie, że „przebieranie nogami” w rytm ognistej często muzyki jest tylko wbrew pozorom łatwe www.youtube.com/watch?v=Bo8B3vth2Q4&feature=relmfu , a czasem nawet graniczy z akrobacjami. Oglądając występy zespołów folklorystycznych trudno się oprzeć urokowi pięknych strojów ludowych z różnych regionów Serbii, ale i tańców oddających nie tylko mentalność mieszkańców danego regionu: słynący z mężności i dostojności (i ponoć braku talentu do śpiewania i tańcaJ) Czarnogórcy twardo stąpając po ziemi w powadze wykonują swoje tańce www.youtube.com/watch?v=O8LXrsrwE7Y, pogodniejsze są tańce z Zachodniej Serbii www.youtube.com/watch?v=NBHMgfJAB4g&feature=related,  „lekkie”  z serca Serbii tj. Sumadiji www.youtube.com/watch?v=tVaUo-DApwo&feature=related  i   na koniec całkiem już wesołe,  tańce Wołochów, www.youtube.com/watch?v=IuIBEml0yr0. Tym, co lubią wiedzieć więcej, zdradzę, że o Wołochach, a właściwie Wołoszkach,  niegdyś mówiono, że  zajmują się magią, skore są do uciech cielesnych i prowadzą rozwiązłe życie. Często taniec był wyrazem historycznych uwarunkowań:
www.youtube.com/watch?v=6bnOfLeNaVU – tzw. głuche   kolo z regionu Lika, www.youtube.com/watch?v=edWS12rsc20&feature=related – czy też nieme kolo z Glamocy. Dlaczego niema? Powstało w czasach, gdy Serbia była pod panowaniem tureckim:  najeźdźca zabraniał spotkań i zabaw – ludność radziła więc sobie jak umiała: zrezygnowano z instrumentów, których dźwięk niósł się daleko i mógł ściągnąć nieproszonych gości, a rytm melodii wybijano głośnymi przytupami. Z kolei w tańcach z okolicy miejscowości Vranje, na południu Serbii, www.youtube.com/watch?v=Tae1GuzUccY&feature=related  - i strój i niektóre elementy zarówno tańca, jak i muzyki zdradzają wyraźne tureckie wpływy.    
Kończąc blok o folklorze muszę (chcęJ) powiedzieć, że można folklor lubić lub nie, ale jednak nie można nie być pod wrażeniem widząc jak na scenę przy okazji występu każdego szanującego się zespołu folklorystycznego wchodzą cztery pokolenia graczy: maluchy, młodziki (tancerze do czternastego roku życia, juniorzy i weterani - tancerze, którzy ze względu na wiek i obowiązki nie mogą na co dzień aktywnie stanowić trzonu zespołu, ale podczas niektórych koncertów chętnie pokazują swoje umiejętności.  Naprawdę imponujące!
Na turbo folku, jako machinie niszczącej wszelki gust zarówno muzyczny, jak i każdy inny aspekt dobrego smaku, skupię się innym razem. W każdym bądź razie, za każdym razem, gdy siłą rzeczy zmuszona jestem spojrzeć na ekran (zdjęcie), gdzie się akurat prezentują pólnagie „diwy” turbo folku (one same mówią o sobie ikony!!) w moim całym jestestwie oddzwania ostrzeżenie: uwaga parada potworów! uwaga parada potworów!
A teraz o czymś wręcz nieprawdopodobnym! Każdy kto choć trochę interesuje się Bałkanami, a precyzyjniej krajami byłej Jugosławii nie mógł się nie zetknąć, jeśli nie ze zjawiskiem, to przynajmniej z pojęciem jugonostalgii. Jugonostalgia niejedno ma imię, a jedno z nich to jugonostalgiczność za muzyką „ze starych dobrych czasów”.  Stare dobre czasy, w których kwitło wspólne drzewo życia ex-yu rock sceny to okres mniej więcej od 1960 roku do 1991. Wtedy powstały zespoły, których piosenki śpiewa się do dziś. I nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież w Polsce czterdziestolatki też śpiewają piosenki swoich idoli z młodości, podobnie jak piećdziesięciolatki czy sześćdziesięciolatki swoich. Ale piosenki przodujących zespołów fali ex yu rock śpiewa każdy – i ten kto miał wtedy 10 lat i ten kto ma dziś 10 lat. I ci wszyscy pomiędzy także.  W ubiegłym roku byłam na koncercie założonej w 1985 roku sarajewskiej pop rockowej grupy Crvena Jabuka. Koncert odbył w na chorwackiej wyspie Korcula. Cała publiczność - składająca się zasadniczo z małolatów, które nie mogą pamiętać z autopsji czasów największej świetności zespołu, śpiewała jednym głosem „Niko nije lud da spava” (Nikt nie oszalał, żeby spać) www.youtube.com/watch?v=m4BJS4sloMg pół roku później wstąpiłam na koncert tejże samej grupy w Belgradzie... znowu to samo: kilka tysięcy osób w wieku od 6-76 niczym dobrze wyszkolone wojsko śpiewa ile sił w płucach Nekako s proljeća (Jakoś tak na wiosnę)
www.youtube.com/watch?v=s2QvLMgNKag&feature=related. I już nie ważne, jak nazywają się języki powstałe z tego jednego wspólnego serbskochrwackiego, bo wszyscy są poliglotami znającymi wszystkie ex yu języki i bez oporu śpiewają Jazz ba
 http://www.youtube.com/watch?v=2Xp649xz7A8.
Dokładnie tak samo jest z innymi zespołami należącymi do ex yu fali . Na hasło „S one strane ulice stanuju devojcice” (Z tamtej strony ulicy mieszkają dziewczyny) każdy niemalże odpowie: A Zabranjeno pušenje i zaczyna nucić: www.youtube.com/watch?v=2Xp649xz7A8. Parni valjak? Ależ oczywiście: www.youtube.com/watch?v=bSsB4A1bLco&feature=related
Do najpopularniejszych „wiecznych” ex yu zespołów należą oprócz już wymienionych, Električni orgazam, Pekinška Patka, Leb i so, Kerber, Divlje jagode, Zabranjeno pušenje, Azra,  YU Grupa, Generacija 5, Vatreni Poljubac, Bajaga i Instruktori, EKV, Bijelo dugme, Haustor, Piloti, Plavi orkestar. Niektóre z nich znane są i w Polsce (np. Elektricni orgazam i Bijelo dugme). Inne znają Polskę, bo swoim utworami okazywały swoją solidarność z tym co się w latach osiemdziesiątych działo w Polsce – mam na mysli Azrę i ich piękną  piosenkę Poljska u mom srcu (Polska w moim sercu) www.youtube.com/watch?v=USOl4ZJYzEg.
Ex-yu piosenki najwyraźniej mają w sobie coś magicznego, a jednym z  dowodów na to są piosenki tychże zespołów nagrane w polskiej wersji językowej przez dobre polskie zespoły (projekty Yugoton i Yugopolis) np. O nic nie pytaj w wykonaniu Pawła Kukiza http://www.youtube.com/watch?v=NYEAB97T7kk czy słynne Malcziki http://www.youtube.com/watch?v=iNxDj-i-yi8.
Mówiąc o wykonawcach znanych i uwielbianych od Vardaru do Triglavu (pierwsze do to rzeka w Macedonii, drugie szczyt w Słowenii, pojęcia symbolizującego dawną wielką Jugosławię) nie można pominąć wspaniałego balladzisty Djordja Balasevicia. Balasević, obecny na estradzie ładnych parę dekad, będący doskonałym połączeniem Stachury i Wysockiego, śpiewający wspaniałe „piosenki z tekstem” ma tysiące zwolenniku, ale chyba trochę nie ma szczęścia do publiczności – jego koncerty przeplatane świetnymi komentarzami natury społeczno – politycznej, nie zawsze, a wręcz często, napotykają na oburzenie publiczności (szczególnie tej o nieco nacjonalistycznym zabarwieniu): rodzinna Wojewodina zarzuca mu , że się podlizuje Belgradowi, Belgrad, że flirtuje z Zagrzebiem... i tak dalej i tak dalej... Ale jak można go nie lubić, gdy tak urokliwie śpiewa o kogucie. Kogucie, który uwielbiał i kokoszki, ale i kaczuszki i indyczki...
www.youtube.com/watch?v=nn9NDW5QzPk&feature=related.
A skoro już wyszliśmy z rockowych klimatów to wspomnijmy przynajmniej o bośniackim zespole Hari Mata Hari i koniecznie o Dino Merlinie (ten ostatni koncertował w ubiegłym roku w Belgradzie po długiej nieobecności będącej wynikiem wojen, które się przewaliły przez Bałkany w ciągu ostatnich dwudziestu lat. W tym czasie padło wiele niepotrzebnych słów. Na szczęście i Dino i publiczność padli ofiarami amnezji i o wszystkim zapomnieli, a koncert był prawdziwym muzycznym rarytasem). Ponieważ jestem niepoprawną wielbicielką obu zespołów wytrwałym czytelnikom dedukuję dwie, moje ulubione piosenki:
Dino Merlin http://www.youtube.com/watch?v=UAxt51tp7Zs
i Hari Mata Hari: http://www.youtube.com/watch?v=YHw_VDJhess.
Opowieść o muzyce ex-yu to niezwykle wciągający i wdzięczny temat. Można o tym pisać i pisać, przytaczając kolejne linki – ale cierpliwość nawet najwytrwalszych czytelników ma swoje granice więc na do widzenia zamieszczę link z wyborem świetnych piosenek należących do fali ex-yu rocka: www.youtube.com/watch?v=8f5JrZ5NiiE&feature=related
Bawcie się dobrze!

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Wszystkie trąbki zdążają ku Gučy

Wszystkie trąbki zdążają ku Gučy

Połowa sierpnia.  Guča, malutka, bo licząca zalewie ok. 2000 mieszkańców miejscowość na południu Serbii, staje się na siedem dni trębackim epicentrum świata. Przez siedem dni Gučę zamieszkuje nie 2000 lecz 500 000 mieszkańców. 

Przez siedem dni nikt nie śpi. Zabawa trwa praktycznie całą dobę – trąbki cichną na moment może tylko gdzieś między piąta i siódmą – kiedy „zawodnicy” na chwilę omdlewają ze zmęczenia. Potem wszystko zaczyna się od nowa: po zmroku szaleństwo na scenie ustawionej na stadionie, przed zmrokiem każdy się bawi, gdzie może: jedni harcują na ulicy, http://www.youtube.com/watch?v=RgWpTfJOJN4&feature=endscreen ,inni obtańcowują  skwery, parki i łączki, jeszcze inni decydują się na tańce towarzyszące pieczeniu rytualnego prosiaka ni mniej ni więcej tylko na środku rzeki. Po miasteczku galopują różnej wielkości formacje trąbkowe grając, gdzie popadnie i dla kogo popadnie. Nie ma tych słów, które opisałyby atmosferę panującą w Gučy. Klimat jest tak niesamowity, że nawet Ci, którzy w masowej euforii tego typu nie gustują (na przykład ja) dają się ponieść bałkańskim rytmom podgrzewanym  nie tylko prażącym z nieba słońcem.

Impreza, która dziś przyciąga setki tysięcy widzów z całego świata i około 1200 wykonawców wyrosła ze spotkań trębaczy amatorów, które swoją pierwszą, bardziej festynową niż festiwalową, edycję miały w październiku 1961 roku. Oczywiście nie na stadionie lecz na dziedzińcu cerkwi.  Październikowy festyn, w którym wzięły udział zaledwie cztery orkiestry, był bardziej rewią przepięknych ludowych strojów, umiejętności tanecznych gości (oczywiście nikt nie tańczył walca ani salsy lecz walczono o tytuł najlepszego wykonawcy „kola” - ludowego tańca wykonywanego w najróżniejszych układach i przy różnej szybkości muzyki ludowej), umiejętności rzemieślniczych i zręczności kawalerów do wzięcia i panien na wydaniu.  A co to byłby za festyn, gdyby nie można było zjeść dobrej kapusty weselnej, fasoli po tutejszemu czy mięsa z różna z ciepłym chlebem i serem własnej roboty, oczywiście wszystko to zakrapiane rakiją, również własnej roboty.

Rok 1961 to bardzo ważna data dla „serbskiej” trąbki – od tej chwili zaczyna się prawdziwy renesans ludowej twórczości trębackiej w Serbii. Zwycięzcą I Festiwalu Trąbek został Desimir Perišić. Cała prasa entuzjastycznie pisała o niecodziennym wydarzeniu, powstała pierwsza emisja radiowa poświęcona trębaczom z Dragačeva, a Festyn stał się wydarzeniem, o którym dyskutował cały kraj. A właściwie prawie cały. Mając na uwadze nasze polskie  doświadczenia nie trudno przypuścić, że jedyną „stroną”, która do Festynu odnosiła się z wielką rezerwą (żeby nie powiedzieć niechęcią) były… władze. Szczególnie te lokalne, które zastygły w oczekiwaniu na instrukcję „z góry”.

Na II Festyn oprócz lokalnych trębaczy dołączyli trębacze z zachodniej Serbii, na III były już reprezentacje z południa i wschodu kraju. Organizatorzy imprezy jeździli po całym kraju przesłuchując orkiestry i zapraszając te najlepsze do Gučy. I zaczęło się szaleństwo. Dziedziniec cerkwi był już zdecydowanie za mały więc muzykowano - tak jak dziś - po ulicach i skwerach, a  melodia "Sa Ovčara i Kablara", która była częścią obowiązkowego repertuaru I Festynu stała się jego hymnem.

Władze niechętnie przyglądały się Festynowi zarzucając organizatorom iż część imprezy wciąż jest organizowana na dziedzińcu cerkwi (a to znaczy, że cerkiew jest przez cały dzień otwarta!), że uczestnicy ubrani są w bogate stroje ludowe („kułackie” – jak je określali „towarzysze”) lub w biedne opanki (obuwie przypominające nasze kierpce), co ponoć uwsteczniało nację, no a poza tym śpiewano nacjonalistyczne pieśni z okresu I wojny światowej ("Tamo daleko" i "Marš na Drinu"). Ale jak sami wiemy im bardziej owoc zakazany tym bardziej smakuje, a więc Festyn się z roku na rok rozrastał i zataczał coraz większe kręgi, by w pewnym momencie z imprezy lokalnej, później krajowej, przerosnąć w imprezę o randze międzynarodowej. W 1961 roku na festynie zagrały 4 orkiestry. Teraz, w samym tylko finale o miano najlepszej trąbki walczy 40 orkiestr, wybranych z ponad stu, które się do konkursu zgłaszają!      

Dziś, w Serbii, Guča jest biletem dla każdego kto się para grą na trąbce i muzyką etniczną opartą o trąbki. Przed młodymi trębaczami, którzy tu zabłysną otwierają się drzwi do nagrań telewizyjnych, występów w programach muzycznych i niezłego w sumie zarobku. I nawet ci już bardzo znani starają się od czasu do czasu pokazać na Festiwalu w Gučy i doprowadzić rozbawioną publiczność do szaleństwa swoimi przebojami. W 2010 wystąpił na przykład   Goran Bregović (http://www.youtube.com/watch?v=TFvIg_OuJkQ&feature=related),
 rok później ze swoją Balkaniką Sanja Ilić 
http://www.youtube.com/watch?v=bzepUUJJ6rM&feature=related , a cieszący się światową sławą w swej branży Boban Marković zachwycił festiwalową publiczność koncertem na 100 trąbek  http://www.youtube.com/watch?v=zYRJxziMrC0&feature=related.  
Festiwalowi towarzyszą także inne imprezy – wystawy plastyczne, spotkania literackie, konkurs we wznoszeniu toastów i mów pochwalnych, przeglądy strojów ludowych, obyczajów itp. Siłą rzeczy pozostają w cieniu głównego aktora festiwalu tj. trąbki, ale jednak zasługują na uwagę (choć pewnie będąc w Gučy dopiero, któryś raz z rzędu uda nam się wyrwać z magicznego kręgu trąbki i dostrzec inne treści festiwalu). 

Tak oto wygląda historia trąbki serbskim piórem pisana. Trąbka najpierw przygrywała tu do boju, potem ogłaszała pobudkę i ciszę nocną. Wkrótce było kojarzona już nie tylko z wojskowym marszem, ale także z melodiami obwieszczającymi narodziny, chrzciny, wesela. Trąbki grały, gdy trzeba było ogłosić, że na dachu nowowybudowanego domu zawisła już wiecha i wreszcie, gdy trzeba było kogoś wyprawić ostatnią drogę.

Dziś Festiwal w Gučy to nie tylko impreza, na którą autokarami ściąga publiczność z całego świata (także z Polski). To także fenomen kulturologiczny, któremu warto poświęcić uwagę, a może i pracę naukową i z zakresu socjologii i psychologii kultury.

A co sami Serbowie mówią o  Gučy?  Mówią tak:
I ten kto nie jest Serbem w Gučy nim się stanie!
Uważajcie na tych którzy na festiwalu zachowują się normalnie – ci są w normalnym życiu nienormalni!
A kto przeżyje opowie jak było …