Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różne/razno. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różne/razno. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 maja 2013

UMARŁ TITO! NIECH ŻYJE TITO!



UMARŁ TITO! NIECH ŻYJE TITO!
http://www.youtube.com/watch?v=29Q9QvNCJlU

04. maja 2013, w 33 rocznicę śmierci Josipa Broza Tito

04 maja, trzydzieści trzy wcześniej, w szpitalu w Lublanie umiera Josip Broz Tito. Parę dni później w pogrzebie wodza, któremu wielkości – podoba się to komuś lub nie – odebrać nie sposób, bierze udział około 700 tysięcy ludzi. Delegacje państwowe ze 129 krajów (żegnają Marszałka, który grał na nosie Wschodowi i Zachodowi, był wzorem i szansą (a przynajmniej tak sądzili) na lepsze życia dla tzw. państw niezaangażowanych i krótko trzymał narody zamieszkujące tereny byłej Jugosławii. W ostatniej drodze Brozowi towarzyszy 111 głów różnych państw. Są wśród nich są królowie, prezydenci, premierzy, szefowie parlamentów. Obecność tylu szefów państw – w tym głoszących za niezwykle demokratyczne,  wywołuje oburzenie lokalnych dysydentów, którzy w Brozie widzieli tyrana i gwałciciela praw narodów i jednostek. Był to największy pogrzeb polityka w XX wieku. I był to nie tylko pogrzeb tego konkretnego człowieka. Wraz z nim umarła jedna epoka.
04 maja, trzydzieści trzy później, na placu przed Muzeum Historii Jugosławii w obrębie, którego znajduje się Dom Kwiatów, będący jednocześnie miejscem spoczynku Josipa Broza Tito, całkiem spory tłumek ludzi. Na parkingu przed muzeum kilkanaście zaparkowanych autokarów – na tablicach rejestracyjnych widać oznaki Bośni i Hercegowiny, jest Słowenia i Macedonia, samochody z rejestracjami z całej Serbii – jednak zdecydowanie najwięcej autokarów ma rejestracje... chorwackie! 
Podchodzę bliżej, by lepiej się przyjrzeć kolorowemu wiecowi – oczywiście nim doszłam do epicentrum wydarzeń musiałam się bronić przed sprzedawcami materialnych symboli jugonoslagii – w ofercie były identyfikatory z flagą starej dobrej „Jugi”, ze zdjęciami Tito  i czymś tam jeszcze, można było nabyć najróżniejsze znaczki i zapinki , chustki, apaszki, chorągiewki, popiersia wodza – wszystko naturalnie w ex-yu stylizacji.  
Docieram do głównej areny. Teren oflagowany jak się patrzy, z Towarzyszem Tito w centralnej części sceny. Przy mównicy zmieniają się przedstawiciele Komunistycznych Partii BiH, Macedonii, są komuniści s Puli i Rijeki. Towarzysz Suboticy nawołuje do walki o ideały Tito oraz do ponownego zjednoczenia narodów byłej Jugosławii. Przemówienia przerywane są „programem artystycznym” :
„A teraz poprosimy towarzyszkę z Suboticy, aby zarecytowała swój wiersz napisany na cześć Josipa Broza Tito” . Leciwa Towarzyszka z Suboticy wychodzi na mównicę i recytuje hymn ku czci Wodza. Przy słowach „Boże jeśli istniejesz oddaj nam Tita” jej głos się załamuje ze wzruszenia.  Publiczności udziela się wzruszenie Towarzyszki z Suboticy. Rozlegają się gromkie brawa. Towarzysz Tito pochowany zaledwie kilkaset metrów od mównicy, której przypadł udział we zruszeniu zapewnie uśmiecha się pod wąsem.  https://docs.google.com/file/d/0Bw8ND-6oLtm1UkUwQTE1ajc5RWM/edit
Tu mała dygresja – sprawa pochówku Broza Tito nie jest wcale tak jednoznaczna, jak mogłoby się wydawać. Nie ulega wątpliwości, że Tito, zgodnie z własnym życzeniem, pochowany został w Domu Kwiatów (Kuća cveća). Dom Kwiatów to wybudowany w 1975 roku specjalnie dla Broza zimowy ogród z gabinetem do pracy i pokojami wypoczynkowymi. Pawilon położony był w bliskiej odległości rezydencji, w której Tito mieszkał. Po jego śmierci pawilon przekształcono w mauzoleum, a w jego centralnej części umieszczono katafalk. Przez wiele lat czterech pięknie umundurowanych gwardzistów wyprężonych niczym struny na harfach stało tu na warcie,  dbając, by nikt z odwiedzających nie zakłócił snu Wodza. Była w tym miejscu jakaś nieopisana  magia. Słońce oświetlające przeszklony pawilon z boków i przez szklany dach, bogaty bukiet zapachów i kolorów setek ułożonych w kopiec kwiatów złożonych na katafalku wzbogacały wizualne przeżycie obrazu impresjonistycznego, który ja, odwiedzając to miejsce na początku lat 90-tych, w swojej wyobraźni nazwałam „Kropla w czasie”.   Myślę, że gdyby Claude Monet miał okazję zobaczyć tę samą scenę, której ja byłam nie tylko widzem, ale i uczestnikiem, namalowałby jeden ze swoich najwspanialszych obrazów oddających ulotność chwili.
A potem przyszły lata dziewięćdziesiąte i pewnego dnia do Domu Kwiatów zaproszono dziennikarzy. Na pozór wszystko było takie same. Słońce i dalej zaglądało przez szklane ściany, pachniały kolorowe kwiaty, gwardziści wciąż stali na przypisanych im miejscach. Po kilku chwilach poproszono o wyłączenie kamer. Jeden z gwardzistów zauważył, że jest  kamerzysta, który nie wyłączył urządzenia. Gwardzista podszedł i bez słowa stanął tak, by przysłonić kamerze obraz. Wszystko trwało nie dłużej niż pół minuty. Katafalk cicho zjechał  w dół, zamiast wystającego podestu pojawiła się niemalże równa z podłożem płyta, miejsce góry kwiatów zajęło kilka wieńców. Gwardziści zrobili w tył zwrot, by już nigdy się w tym miejscu nie pojawić. Przyszło mi wtedy do głowy, że właśnie jestem świadkiem zamknięcia się pewnego kręgu – obraz „Kropla w czasie” roztrzaskał się właśnie o marmurową posadzkę, a ja nie wiedzieć czemu przypomniałam sobie słowa  C.K. Norwida „ideał sięgnął bruku”. A co było później? Nie do końca wiadomo. Niektórzy wtajemniczeni twierdzą, że jednej nocy prochy Josipa Broza Tito (teraz symbolu całego zła i nieszczęść, które spadły na narody byłej Jugosławii) przewieziono niepostrzeżenie z Belgradu do Kumrovaca, miejscowości, gdzie się Tito urodził. Inni, równie wtajemniczeni, uważają, że trumna nie opuściła Domu Kwiatów, ale została dobrze ukryta w podziemiach, by nie paść łupem rozwścieczonych i rozgoryczonych ludzi dla, których wielki Broz przestał być wielkiego symbolem zwycięstwa, a stał się symbolem równie wielkiej porażki.
Zresztą miejsce obecnego pochówku to nie jedyna tajemnica otaczająca osobę Josipa Broza Tito. Wiele się spekuluje na temat jego pochodzenia – jedna z opcji zakładała nawet, że jest on polskim Żydem. Zwolennicy teorii spiskowych nie wykluczają, że podczas jednej z „wizyt szkoleniowych” w Moskwie prawdziwy Josip Broz został zlikwidowany, a na jego miejsce podstawiono sowieckiego agenta, który wcielił się w  przedstawiciela narodu posiadającego  cechy idealnego wodza – ponoć są na to dowody! Jakby nie było kult Josipa Broza Tito osiągnął niewyobrażalne rozmiary – rozwinęło się przekonanie o jego nieśmiertelności, niemalże boskości, a to oczywiście pociągnęło za sobą wręcz religijny stosunek do „wielkiego wodza”,  jego boskie czczenie i wiarę w mitologiczną wręcz wszechmoc.
Jednym ze sposobów okazania oddania narodu było ogłoszenie dnia urodzin Wodza  Dniem Młodości. Tego dnia młodzież z całej Jugosławii przekazywała swemu władcy sztafetę młodości wraz z życzeniami. Ciekawe jest to, że jeszcze jakieś siedem lat po śmierci Tito przekazywano sztafetę – był to więc jedyne w swym rodzaju zjawisko składania hołdu ... duchowi! Dziś sztafety przechowywane są właśnie w Domu Kwiatów i niektóre z nich można obejrzeć na muzealnej wystawie – a jest ich w sumie ponad 20 tysięcy!   
Gdy zmieniły się czasy i rządy, nowi włodarze z dokładnie taką samą zaciekłością z jaką mit budowano działały na rzecz zdekultowania Jospipa Broza, próbując obsadzić w roli idola innego wielkiego-małego boga . Działania powiodły się tylko w części  - czego najlepszym dowodem jest dzisiejszy dzień i wszyscy ci ludzie zgromadzeni przed Domem Kwiatów, będący żywym dowodem na to, że przynajmniej cząstka tego mitu żyje do dziś – choćby w postaci nostalgii, które sprawia, że z różnych regionów byłej Jugosławii wciąż przychodzą listy do Josipa Broza Tito. W tej sytuacji chyba więc najlepiej będzie zacytować piosenkę  „Pljuni i zapjevaj moja Jugoslavijo” śpiewaną niegdyś przez grupę Bijelo dugme, także jeden z symboli Jugosławii www.youtube.com/watch?v=SOMHUXVVQMc.





niedziela, 17 marca 2013

MOJ SOPSTVENI GRADIĆ BELZ



MOJ SOPSTVENI GRADIĆ BELZ
http://www.youtube.com/watch?v=PSwtTo3bDf8

Čula sam kako su ovih dana mnogi gunđali na sneg, na vetar, na hirovito proleće koje nikako da stigne. I ja sam imala svoje učešće u tom opštem nezadovoljstvu. A onda sam morala jedno veče otići u radnju i odjednom, dok sam išla kroz parkić, doživela sam  „deja vu“ – bilo je isto tako belo, tiho, idilicno, žurila sam kroz isti takav parkić – samo što je to bilo skoro 2000 km odavde, a meni je bilo mnogo manje godina. Onda sam ugledala i drugu sliku: mali mraz, poput ovog sad, nas je štipao u obraze dok smo se kao sumanuti jurili oko crkve nakon večernjeg časa veronauke. Imali smo bezbrižnih 14 godina... Od tad do sad videla sam mnoga mesta, probala razne ukusne, iskusila razne stilove života, ali me ipak pojedini mirisi, zvuci, asocijacije koje traju ponekad samo delić sekunde stalno vraćaju u uspomene ne Pariza, ne Lisabona i ne Praga već malog gradića na severu Poljske, koji je toliko nebitan da ga na kartama uglavnom i nema, i za koji sam sigurna da ga uopšte ne volim! Ne volim, ali mi ponekad nedostaje. I tako, kad ga se zaista uželim, odem. A  onda posle dva, najviše tri dana shvatim, po ne znam koji put, da ja tamo više ne pripadam. Da više ne umem da tamo živim – da ne volim male, usnule, letargične varoši, da sam u međuvremenu postala ovisnik adrenalina i brzog života! Da volim veliki grad (moguće da je to neki kompleks deteta iz provincije, ali iskreno rečeno ni malo mi to ne smeta) - sa svom njegovom bukom i sveprisutnim haosom. Volim pomisao na sve mogućnosti koje pruža – od kojih naravno ne moram izabrati nijednu. Volim anonimnost među gomilom ljudi i volim „mrak“ velikog grada čija su glavna osobima vrišteća svetla reklama i koji naravno nema veze sa pravim mrakom.  Čudno je sve to – nedostaje mi grad koji ne volim, uživam u pomisli da imam na raspolaganju mnoge mogućnosti, na koje se ipak ne odlučujem, u potrazi za anonimnošću idem među gomilu! Čeznem za mirom, a privlači me njegova sušta suprutnost tj. veliki grad. Tražim ljubav ali od nje vešto bežim. Gde je tu logika? Ili je to možda ono što neki imaju na umu kada podrugljivo napućivši usta uz naglašeno treptanje izgovaraju „ženska logika“?
Dakle kome – čemu pripadam? Gomili ili samoj sebi? Onom što mi se čini da volim ili pak onom od čega bežim? Određuju li me moji strahovi ili ambicije? Da li genotip koji nosim u sebi zaista mora biti presudan za moju sudbinu? I da li uopšte postoji nešto što smo definisali „sudbinom“ ili je to samo opravdanje za našu lenjost i neuspehe? I da li je to uopšte bitno? I za koga? Naši nazovi sagovornici ionako nas ne slušaju, bolje od nas samih znaju šta smo hteli reći, zašto patimo od glavobolja, za čim u životu tragamo i gde je naše mesto na zemlji. Olako nas svojataju („ti si naša“, „ti si se s nama skroz srodila“ – i još sto drugih varijacija na tu temu) ne shvatajući da upravo ovim besmislenim izjavama pokreću u nama odbrambeni mehanizam i otpor. Da nisam zarobljenih konvenanasa i ponašanja kojeg se očekuje od kulturne osobe vikala bih na sav glas: „Nisam ja ničija! Svoja sam i samo svoja! Slušaj šta pričam! Gledaj govor mog tela! Prestani da mudruješ jer pojma nemaš o čemu pričaš“. Naravno nikad to neću učini jer se od mene „ne očekuje“ takva reakcija, jer sam ja „fina, staložena žena“ (o Bože kakve gluposti! Staložena žena!!) – kao i uvek osmehnuću se vrhovima usana i dok smirujem sevalice u očima reći ću „staloženo jer se to od mene očekuje“ – „Da, naravno“ uz jos jedan veštački, plastičan osmeh. Mudrica-Sveznalica će se samozadovoljno promeškoljiti u stolici, srknuti kafu i uputiti mi pogled iz serije „žao mi je što za razliku od mene ni o čemu nemaš pojma“. Primetila sam da ili ja ne umem da biram društvo ili na svetu ima sve više Mudrica-Sveznalica – napornih, punih sebe narcisa koji nam se unose u lice sa svojim autoritativnim stavovima na teme o kojima nemaju blagog pojma.
Dakle, gde je moj gradić Belz? Mislim da ni ja sama ne znam. Ali sam sigurna da ako ga nekad nađem odmah ću ga prepoznati. Za sad tragam za njime i čeznem. Možda bih ipak mogla ubrzati stvari? Možda bih mogla da pokušam da ga sagradim sama? Onako po mojoj meri? Možda ću tad dobiti odgovor na pitanje gde pripadam i u čemu je zapravo suština mene same...

http://www.youtube.com/watch?v=kbmI1JZw6e4

niedziela, 10 marca 2013

Polegaj na mnie jak na Zawiszy Czarnym



Polegaj na mnie jak na Zawiszy Czarnym
Nie za siedmioma górami i nie za siedmioma lasami, ale raptem jakieś 130 kilometrów od Belgradu, na wschodnich rubieżach Serbii, tam gdzie Dunaj jest najszerszy w całym swym biegu (jego szerokość osiąga tam prawie 7 km!) usytuowane jest małe, na pozór nijakie miasteczko Golubac (Gołębiewo? :)). Golubac, podobnie jak większość serbskich miasteczek tego typu, nie umie wykorzystać swoich walorów  turystycznych – zarówno tych geograficznych, jak i historycznych.
Wróćmy do tego „na pozór” z pierwszego zdania: ot mała marina, ryneczek jakich tysiące, hotel a’la późny Gierek (z niewyobrażalnie pięknym widokiem z tarasu – ale tego nie widać jeśli się przez miasteczko tylko przejeżdża) – czyli nic, co by nas skłoniło aby się tu zatrzymać. Ale... ale jeśli się jakimś cudem zatrzymamy... to już będzie całkiem inna perspektywa.
Może dwa, a może i trzy kilometry za miasteczkiem znajdują się zaniedbane ruiny Golubskiej Twierdzy, na którą składa się dziewięć połączonych ze sobą wież (niektóre mają nawet 25 metrów wysokości). Wieże niegdyś umożliwiały obronę miasta zarówno z wody jak, i z lądu. Do miasteczka można było dotrzeć mostem zbudowanym nad fosą. Nie wiadomo kiedy dokładnie twierdza powstała i kto ją wybudował – pierwsze zapisy potwierdzające jej istnienie pochodzą z 1335 roku.
Różne były losy twierdzy i samego Golubaca – raz był pod panowaniem Węgrów, to znów Turków, potem Serbów. Ale pewnie nie każdy wie, że również dla nas, Polaków, Golubac jest symbolicznym i w pewnym sensie bliskim miastem. W obronie Golubskiej Twierdzy poległ bowiem polski rycerz Zawisza Czarny, który przybył wraz z 6000 tysiącami polskich rycerzy by wesprzeć Serbów w obronie chrześcijaństwa.  Legenda mówi, że Turcy pojmali Zawiszę, a jego przepięknie zdobiona zbroja sprawiła iż byli przekonani, że w ich rękach znalazł się serbski władca, toteż odcięli Zawiszy głowę i triumfalnie zawieźli ją tureckiemu sułtanowi. Bezgłowe ciało Zawiszy, według legendy, pochowane zostało na podwórcu, oddalonego o jakieś 10 km od Golubaca, prawosławnego monasteru Tumane. Dziś jest to żeński monaster, siostry hodują tam pszczoły i podróżnych chętnie pokrzepiają pysznym miodem i wspaniałą – również własnej roboty – rakiją. Czasem też matka przełożona opowiada, kiwając w zadumie głową, o bohaterskich czynach Zawiszy Czarnego, wielkiego polskiego... uwaga... wezyra! :) Monaster warto obejrzeć – jest skromny, ale niezwykle urokliwy. W Tumane można też posłuchać ciszy – a taka możliwość się niestety coraz rzadziej zdarza.
Z naszym Gołębiewem wiąże się wiele legend – od samej nazwy miasteczka począwszy. Baśniowe teorie są różne. Według jednej z nich, w głównej baszcie twierdzy, ze względu na swój kształt nazywaną Wieżą Kapeluszową, uwięziona był bizantyjska księżniczka Jelena, która walcząc z samotnością i smutkiem zaprzyjaźniła się z gołębiami, stąd późniejsza nazwa miasteczka. Inna legenda – najbardziej znana – mówi o tym, że w czasach, panowania tureckiego w mieście mieszkała piękna dziewczyna o imieniu Golubana. Wieści o jej nieziemskiej urodzie dotarły w końcu do tureckiego paszy. Pasza zaczął obdarowywać piękną Golubanę jedwabiem, perłami i przepiękną biżuterię, mając nadzieję, że w ten sposób nakłoni ją, by zamieszkałą w jego haremie. Ale dziewczyna, niczym wanda co nie chciała Niemca,  odrzuciła zaloty paszy. Wszystkie dary wyrzuciła do Dunaju. Pasza bardzo się rozgniewał i postanowił ukarać krnąbrną Golubanę. Kara była straszna. Przywiązał piękną dziewczynę do skały wystającej z Dunaju mając nadzieję, że ta się pokaja  i zechce stać się oblubienicą paszy. Dla upamiętnienia tego wydarzenia skałę nazwano Babakaj co po turecku znaczy „pokajaj się”.
Ze skałą Babakaj związana jest jeszcze jedna legenda, która głosi, że namiestnik miasta Golubac zamknął swą niewierną żonę w wieży znajdującej się na szczycie tej skały osądzając ją na głodową śmierć.
W czasach nam już współczesnych w okolicach miasta Golubac wybudowano na Dunaju wielką elektrownię wodną noszącą nazwę Djerdap. Dla potrzeb elektrowni skałę Babakaj zatopiono. Ale do dnia dzisiejszego z rzeki wystaje część skały Babakaj, która zawsze wywołuje wspomnienie tych i wielu innych legend. Na marginesie – polecam odwiedzenie Parku Krajobrazowego Djerdap  - niewiele jest piękniejszych miejsc na ziemi niż to!
Golubac położony jest w tej części Serbii która słynie z bogatego świata duchów, rusałek, wróżek, krasnoludków, elfów i tym podobnych istot. Mój przyjaciel Goja, historyk z tamtych stron i znawca lokalnych legend, wierzeń i mitów, twierdzi, że naukowo udowodniono, iż w pobliżu Twierdzy w Golubcu mieszkają krasnoludki. Najłatwiej jest je „wykryć” w zimie, gdy w śniegu widać malutkie ślady ich stópek. Zdradził mi nawet, że jeśli w zimie zobaczymy w pobliżu twierdzy, unoszącą się nad śniegiem parę to musimy wiedzieć, że nie jest to para, ale dym z krasnalich kominów – trzeba tylko przyłożyć w tym miejscu ucho do śniegu i usłyszymy gwar płynący z ich domostw. Szkoda, że nigdy nie byłam w Golubacu w zimie...
Okolica Golubaca słynie także z jedynego na świecie wampira, który ma papiery „na bycie wampirem”. Mianowicie wiedeński namiestnik w swoim raporcie nr 58 z dnia 21 lipca 1725 roku  informuje swoje szefostwo, że we wsi Keseljevo pochowano wampira! (dokument opublikowano w Dzienniku Wiedeńskim). A było to tak:  we wsi Keseljevo zmarł lokalny nierób i pijaczek Petar Blagojević. Ponieważ tenże za życia sprawiał wiele problemów i pożytku z niego nie było żadnego, nikt się jego śmiercią nie przejął. Wkrótce jednak ludzie zaczęli się skarżyć, że Petar nawiedza mieszkańców wsi – a kogo nawiedzi, ten szybko umrze. Ludzie się bardzo zaniepokoili i postanowili odkopać  Petra i sprawdzić czy jego ciało wskazuje iż jest on wampirem.  O wszystkim poinformowali lokalnego popa i namiestnika prosząc aby ci dołączyli do „wizji lokalnej”. Później namiestnik napisał: „ razem z popem wybrałem się do wsi Kisiljevo, obejrzałem już wykopane ciało Petra Blagojevicia i poświadczam z całą prawdziwością, że dokonałem następującego odkrycia:
Po pierwsze, ani z ciała, ani z grobu w ogóle nie było czuć zapachu charakterystycznego dla zmarłych. Ciało, za wyjątkiem nosa, który się trochę zapadł, było całkiem świeże, włosy, broda, a nawet stare paznokcie odpadły, a na ich miejsce wyrosły nowe, stara biała skóra zaczęła się łuszczyć, a pod nią powstała nowa. Twarz, ręce, stopy i całe ciało są takie, jakie nawet za życia nie były, a w jego ustach zauważyłem, co mnie bardzo zdziwiło, ślady świeżej krwi, którą według opinii ludzi wyssał ze swych ofiar. We wniosku znajdują się wszelkie indykacje (wyżej wymienione) przedstawione ludziom, którzy ich wysłuchać chcieli. Ponieważ, pop i ja, byliśmy świadkami tego spektaklu, a masa się coraz bardziej rozwścieczała, była coraz bardziej niespokojna, oni w wielkim pośpiechu zaostrzyli kolec, przyłożyli go do piersi trupa i wbili go prosto w serce, przy czym nie tylko z tej rany, ale i z ust i uszu popłynęła świeża krew, a były obecne i inne dzikie znaki (z szacunku ich nie wymieniam). Na końcu, często wymieniane tu ciało, zgodnie z obyczajem na popiół spalono, a ja o tym informuję wielce szanowne  właściwe władze i przy tym posłusznie i uniżenie przesyłam prośbę by każdy błąd uczyniony przy rozwiązywaniu tego problemu przypisać motłochowi, który był nieprzytomny ze strachu”.  I co? Może się jeszcze jakieś miasto pochwalić „udokumentowanym” wampirem?.
Po spotkaniu z serbskim wampirem można wyskoczyć do Rumunii, wszak dzieli nas tylko Dunaj. Do hrabiego Draculi co prawda daleko, ale może trafi się jakiś inny, mniej utytułowany.  
Jak już będziemy mieli dość krasnali, wampirów i rycerzy na 20 km od Golubaca znajduje się urocza wypoczynkowa miejscowość Srebrne Jezioro z całkiem niezłym zapleczem turystycznym – można tu dobrze zjeść, wypocząć na plażach nad Srebrnym Jeziorem (sztuczny zbiornik powstały podczas budowy elektrowni Djerdap) bądź nad Dunajem, pospacerować i nabrać nowych sił, by tym razem posłuchać opowiadań o lokalnych wołoskich  mitach i legendach, a te są nie tylko piękne i baśniowe, ale i niezwykle... pikantne! - ...bo ponoć nikt ta nie umie kochać jak Wołoszki – i nikt mi nie chce powiedzieć czy to tylko legenda czy szczera prawda :)).

poniedziałek, 21 stycznia 2013

SVAKO IMA NEKOG KOGA VIŠE NEMA



SVAKO IMA NEKOG KOGA VIŠE NEMA
http://www.youtube.com/watch?v=C2GyMKA8OIs&list=PL9C22396F45463B77
Svako od nas nosi u sećanju bliske osobe, neke situacije o kojima posebno rado razmišlja, neke priče koje se nikad ne zaboravljaju.
Za mene je takva osoba moj deda Petar. Tih čovek koji je poznavao bezbroj raznih bajki i legendi. On me je uveo u čaroban svet vila, princeza, sirena, čarobnjaka i zmajeva, prelepih legendi i bajki. Koliko je deda bio tih toliko je baka bila galamljiva te smo se često skrivali od nje na potkrovlje stare kuće, gde smo imali svoj bajkovit svet u ćošku najudaljenije sobe, gde babin glas nije mogao dopreti koliko god nas je glasno i ljutito dozivala (naravno kasnije nas je to koštalo solidne grdnje, što naravno nije bila nikakva prepreka da sledećeg dana uradimo isto „zlodelo“ !)
Deda me je naučio mnogim stvarima. Zahvaljujući njemu moja dečja mašta puna je bila patuljaka, dobrih životinja koje pomažu ljudima, zlih veštaca koje sam umela izbegavati i vere da pored onog našeg svakodnevnog života postoji još neki drugi u koji će moći da provire samo izabrani. Deda me je naučio da razlikujem dobro od zla, da ne budem isključiva i brzopleta u sudovima, da ne ocenjujem površno druge i da uvek vodim računa „ o svom dvorištu“  umesto da se bavim drugima. Deda je formirao moj dečji ukus  i karakter upravo pričajući mi prelepe priče koje su kod male devojčice izazivale radost, znatiželju, neretko strah i zabrinutost za sudbine junaka.
Tako se  rodila moja ljubav prema sivom i vetrovitom Baltiku, naučila sam da se ne plašim strašnih bura i ogromnih talasa, ali  i da poštujem „veliku vodu“. Sećam se da je, jednom kad smo otišli na obalu, more bilo jako uzbrkano, iznad sive vode skupljali su se teški crni oblaci a u vetru moglo su čuti udaranje mnogih talasa. Prepala sam se tad jako nemirnog mora – između jednog i drugog talasa čulo se kao da nešto šišti i neko jauče i zapomaže tužnim glasom. Uhvatila sam jako deku za ruku. A on je našao zaklon odakle se more moglo dobro videti, ali vetar nije bio toliko neprijateljski i rekao da je ono što čujem glas jednog mladog ribara koji se pre hiljade godina zaljubio u Juratu, Kraljicu Baltika, čiju je ljubav uništio ljubomoran bog Perkun. Desilo se to pre mnogo vekova dok je na dnu Baltika svoje kraljestvo imala morska kraljica Jurata. Njena se prelepa palata sunčanim danima presijavala ispod talasa bojom zlata i ćilibara i nalazila blizu mesta koje do dan danas postoji i zove se baš Jurata. Ovo je bila veoma pažljiva kraljica koja je vodila računa o svim stanovnicima svog morskog kraljestva. Jednom je saznala od svojih sluga da svakog jutra jedan mladi ribar ide u ribolov i sve više i više riba strada u njegovim mrežama. Jurata se jako rezbesnela i rešila da kazni mladića. Dozvala je morske vile i sirene i naredila im je da svojim prelepim glasovima odvedu mladog ribara na pučinu. Tako se i desilo. Ribar nije mogao da odoli prelepim zvucima koje do sad nikad nije čuo. Skroz se prepustio ovoj čarobnoj muzici zaboravivši na majčine priče iz detinjstva o tome kako je pogubna za ribare i mornare pesma koju peva sirena! Odjednom je ispred sebe ugledao prelepu Gospu koja ga je strogo gledala. Njene su oči imale boju hladnog, sivo-plavog mora, odevena je bila u zelenu haljinu ukrašenu smaragdima, ćilibarom i zlatnim ljuspicama. Mladi ribar nikad nije video lepšu ženu. Kraljica Jurata, jer se upravo ona nalazila ispred ribara, u početku bila rešena da kazni ribara smrću – ali  kad je u jutarnjem suncu ugledala njegovo lice, njene su oči poprimile zelenu boju i Jurata je odmah zavolela mladića. Od tad je svake večeri isplovljavala iz svoje ćilibarske palate da se vidi s mladićem. Prolazili su dani, nedelje, meseci. Ribar i Jurata su uživali u svojoj sreći. Ali pošto se ne samo na zemlji, već i u podvodnom svetu, nijedna tajna ne može sačuvati uskoro je vest o tome kako Jurata voli običnog smrtnika dospela i do Perkuna, osvetoljubivog boga vatre i gromova koji je imao jako oružje – vatrene gromove. Ljubomoran Perkun je rešio da ubije ljubav Jurate i ribara. On je udario gromom u baltičke vode, vatra je uništila ćilibarske odaje  Juratine palate i ubila kraljicu Juratu. Ni mladi ribar nije bolje prošao. Perkun je naredio da sluge prikovaju ribara uz podmorsku stenu. Jadan ribar do dan danas plače sa voljenom Juratom, a kad se teški oblaci skupljaju iznad Baltika, a u talasima besni vetar, može se čuti njegovo tužno zapomaganje koje dopire iz vodenih dubina. A ako neko ikad nadje mrvicu ćilibara na obali Baltika nek se priseti Kraljice Baltika jer upravo drži u rukama komadić ćilibarske odaje koju su uništili Perkunovi gromovi.  

Tad mi je deda Petar rekao još nešto. Kaže da je primetio da i moje, inače zelene, oči kad sam ljuta, kad se osećam nesrećno i povređeno gube zeleni, mačkasti sjaj i postaju sive i hladne kao Baltik za vreme bure. Tako Baltik obeležava „svoju decu“ – da se mogu lakše prepoznati čak i kad žive daleko od Baltika...