niedziela, 10 marca 2013

Polegaj na mnie jak na Zawiszy Czarnym



Polegaj na mnie jak na Zawiszy Czarnym
Nie za siedmioma górami i nie za siedmioma lasami, ale raptem jakieś 130 kilometrów od Belgradu, na wschodnich rubieżach Serbii, tam gdzie Dunaj jest najszerszy w całym swym biegu (jego szerokość osiąga tam prawie 7 km!) usytuowane jest małe, na pozór nijakie miasteczko Golubac (Gołębiewo? :)). Golubac, podobnie jak większość serbskich miasteczek tego typu, nie umie wykorzystać swoich walorów  turystycznych – zarówno tych geograficznych, jak i historycznych.
Wróćmy do tego „na pozór” z pierwszego zdania: ot mała marina, ryneczek jakich tysiące, hotel a’la późny Gierek (z niewyobrażalnie pięknym widokiem z tarasu – ale tego nie widać jeśli się przez miasteczko tylko przejeżdża) – czyli nic, co by nas skłoniło aby się tu zatrzymać. Ale... ale jeśli się jakimś cudem zatrzymamy... to już będzie całkiem inna perspektywa.
Może dwa, a może i trzy kilometry za miasteczkiem znajdują się zaniedbane ruiny Golubskiej Twierdzy, na którą składa się dziewięć połączonych ze sobą wież (niektóre mają nawet 25 metrów wysokości). Wieże niegdyś umożliwiały obronę miasta zarówno z wody jak, i z lądu. Do miasteczka można było dotrzeć mostem zbudowanym nad fosą. Nie wiadomo kiedy dokładnie twierdza powstała i kto ją wybudował – pierwsze zapisy potwierdzające jej istnienie pochodzą z 1335 roku.
Różne były losy twierdzy i samego Golubaca – raz był pod panowaniem Węgrów, to znów Turków, potem Serbów. Ale pewnie nie każdy wie, że również dla nas, Polaków, Golubac jest symbolicznym i w pewnym sensie bliskim miastem. W obronie Golubskiej Twierdzy poległ bowiem polski rycerz Zawisza Czarny, który przybył wraz z 6000 tysiącami polskich rycerzy by wesprzeć Serbów w obronie chrześcijaństwa.  Legenda mówi, że Turcy pojmali Zawiszę, a jego przepięknie zdobiona zbroja sprawiła iż byli przekonani, że w ich rękach znalazł się serbski władca, toteż odcięli Zawiszy głowę i triumfalnie zawieźli ją tureckiemu sułtanowi. Bezgłowe ciało Zawiszy, według legendy, pochowane zostało na podwórcu, oddalonego o jakieś 10 km od Golubaca, prawosławnego monasteru Tumane. Dziś jest to żeński monaster, siostry hodują tam pszczoły i podróżnych chętnie pokrzepiają pysznym miodem i wspaniałą – również własnej roboty – rakiją. Czasem też matka przełożona opowiada, kiwając w zadumie głową, o bohaterskich czynach Zawiszy Czarnego, wielkiego polskiego... uwaga... wezyra! :) Monaster warto obejrzeć – jest skromny, ale niezwykle urokliwy. W Tumane można też posłuchać ciszy – a taka możliwość się niestety coraz rzadziej zdarza.
Z naszym Gołębiewem wiąże się wiele legend – od samej nazwy miasteczka począwszy. Baśniowe teorie są różne. Według jednej z nich, w głównej baszcie twierdzy, ze względu na swój kształt nazywaną Wieżą Kapeluszową, uwięziona był bizantyjska księżniczka Jelena, która walcząc z samotnością i smutkiem zaprzyjaźniła się z gołębiami, stąd późniejsza nazwa miasteczka. Inna legenda – najbardziej znana – mówi o tym, że w czasach, panowania tureckiego w mieście mieszkała piękna dziewczyna o imieniu Golubana. Wieści o jej nieziemskiej urodzie dotarły w końcu do tureckiego paszy. Pasza zaczął obdarowywać piękną Golubanę jedwabiem, perłami i przepiękną biżuterię, mając nadzieję, że w ten sposób nakłoni ją, by zamieszkałą w jego haremie. Ale dziewczyna, niczym wanda co nie chciała Niemca,  odrzuciła zaloty paszy. Wszystkie dary wyrzuciła do Dunaju. Pasza bardzo się rozgniewał i postanowił ukarać krnąbrną Golubanę. Kara była straszna. Przywiązał piękną dziewczynę do skały wystającej z Dunaju mając nadzieję, że ta się pokaja  i zechce stać się oblubienicą paszy. Dla upamiętnienia tego wydarzenia skałę nazwano Babakaj co po turecku znaczy „pokajaj się”.
Ze skałą Babakaj związana jest jeszcze jedna legenda, która głosi, że namiestnik miasta Golubac zamknął swą niewierną żonę w wieży znajdującej się na szczycie tej skały osądzając ją na głodową śmierć.
W czasach nam już współczesnych w okolicach miasta Golubac wybudowano na Dunaju wielką elektrownię wodną noszącą nazwę Djerdap. Dla potrzeb elektrowni skałę Babakaj zatopiono. Ale do dnia dzisiejszego z rzeki wystaje część skały Babakaj, która zawsze wywołuje wspomnienie tych i wielu innych legend. Na marginesie – polecam odwiedzenie Parku Krajobrazowego Djerdap  - niewiele jest piękniejszych miejsc na ziemi niż to!
Golubac położony jest w tej części Serbii która słynie z bogatego świata duchów, rusałek, wróżek, krasnoludków, elfów i tym podobnych istot. Mój przyjaciel Goja, historyk z tamtych stron i znawca lokalnych legend, wierzeń i mitów, twierdzi, że naukowo udowodniono, iż w pobliżu Twierdzy w Golubcu mieszkają krasnoludki. Najłatwiej jest je „wykryć” w zimie, gdy w śniegu widać malutkie ślady ich stópek. Zdradził mi nawet, że jeśli w zimie zobaczymy w pobliżu twierdzy, unoszącą się nad śniegiem parę to musimy wiedzieć, że nie jest to para, ale dym z krasnalich kominów – trzeba tylko przyłożyć w tym miejscu ucho do śniegu i usłyszymy gwar płynący z ich domostw. Szkoda, że nigdy nie byłam w Golubacu w zimie...
Okolica Golubaca słynie także z jedynego na świecie wampira, który ma papiery „na bycie wampirem”. Mianowicie wiedeński namiestnik w swoim raporcie nr 58 z dnia 21 lipca 1725 roku  informuje swoje szefostwo, że we wsi Keseljevo pochowano wampira! (dokument opublikowano w Dzienniku Wiedeńskim). A było to tak:  we wsi Keseljevo zmarł lokalny nierób i pijaczek Petar Blagojević. Ponieważ tenże za życia sprawiał wiele problemów i pożytku z niego nie było żadnego, nikt się jego śmiercią nie przejął. Wkrótce jednak ludzie zaczęli się skarżyć, że Petar nawiedza mieszkańców wsi – a kogo nawiedzi, ten szybko umrze. Ludzie się bardzo zaniepokoili i postanowili odkopać  Petra i sprawdzić czy jego ciało wskazuje iż jest on wampirem.  O wszystkim poinformowali lokalnego popa i namiestnika prosząc aby ci dołączyli do „wizji lokalnej”. Później namiestnik napisał: „ razem z popem wybrałem się do wsi Kisiljevo, obejrzałem już wykopane ciało Petra Blagojevicia i poświadczam z całą prawdziwością, że dokonałem następującego odkrycia:
Po pierwsze, ani z ciała, ani z grobu w ogóle nie było czuć zapachu charakterystycznego dla zmarłych. Ciało, za wyjątkiem nosa, który się trochę zapadł, było całkiem świeże, włosy, broda, a nawet stare paznokcie odpadły, a na ich miejsce wyrosły nowe, stara biała skóra zaczęła się łuszczyć, a pod nią powstała nowa. Twarz, ręce, stopy i całe ciało są takie, jakie nawet za życia nie były, a w jego ustach zauważyłem, co mnie bardzo zdziwiło, ślady świeżej krwi, którą według opinii ludzi wyssał ze swych ofiar. We wniosku znajdują się wszelkie indykacje (wyżej wymienione) przedstawione ludziom, którzy ich wysłuchać chcieli. Ponieważ, pop i ja, byliśmy świadkami tego spektaklu, a masa się coraz bardziej rozwścieczała, była coraz bardziej niespokojna, oni w wielkim pośpiechu zaostrzyli kolec, przyłożyli go do piersi trupa i wbili go prosto w serce, przy czym nie tylko z tej rany, ale i z ust i uszu popłynęła świeża krew, a były obecne i inne dzikie znaki (z szacunku ich nie wymieniam). Na końcu, często wymieniane tu ciało, zgodnie z obyczajem na popiół spalono, a ja o tym informuję wielce szanowne  właściwe władze i przy tym posłusznie i uniżenie przesyłam prośbę by każdy błąd uczyniony przy rozwiązywaniu tego problemu przypisać motłochowi, który był nieprzytomny ze strachu”.  I co? Może się jeszcze jakieś miasto pochwalić „udokumentowanym” wampirem?.
Po spotkaniu z serbskim wampirem można wyskoczyć do Rumunii, wszak dzieli nas tylko Dunaj. Do hrabiego Draculi co prawda daleko, ale może trafi się jakiś inny, mniej utytułowany.  
Jak już będziemy mieli dość krasnali, wampirów i rycerzy na 20 km od Golubaca znajduje się urocza wypoczynkowa miejscowość Srebrne Jezioro z całkiem niezłym zapleczem turystycznym – można tu dobrze zjeść, wypocząć na plażach nad Srebrnym Jeziorem (sztuczny zbiornik powstały podczas budowy elektrowni Djerdap) bądź nad Dunajem, pospacerować i nabrać nowych sił, by tym razem posłuchać opowiadań o lokalnych wołoskich  mitach i legendach, a te są nie tylko piękne i baśniowe, ale i niezwykle... pikantne! - ...bo ponoć nikt ta nie umie kochać jak Wołoszki – i nikt mi nie chce powiedzieć czy to tylko legenda czy szczera prawda :)).

poniedziałek, 18 lutego 2013

POST FESTUM



POST FESTUM
ili
LJUBAVI I VINA NIKAD DOSTA
dakle
POZDRAV FAUSTU, VALENTINU I TRIFUNU.

Dan zaljubljenih ili preciznije rečeno dan ljubavi, dan svih koji vole, ima uprkos onome što većina protivnika obeleževanja tog praznika ističe na prvi plan, poprilično dugu tradiciju obeležavanja. Kratak je period njegove totalne komercijalizacije i samim tim gubljenja pravog smisla praznika. Taj se praznik dovodi u vezu sa rimskim praznikom koji su stari Rimljani slavili u čast Fauna, boga plodnosti i zaštitnika pastira. Kada je sloboda običaja (naravno ovo je čist eufemizam koji treba da prikrije pravo orgijanje prilikom obeležavanja praznika)  prevršila svaku meru imperator Oktavijan August je zabranio obeležavanje u dotadašnjem obliku i ulogu zaštitnice praznika preuzela je Junona, boginja materinstva i zaštitnica žena. Ali se praznik i dalje slavio 14. i 15. februara. Sa dolaskom hrišćanstva mnogi su paganski praznici ukinuti, dok su drugi potpuno smišljeno očuvani, pa i adaptirani za potrebe hrišćanstva kako bi integracija sa paganskim društvom bila što bezbolnija. Takav je slučaj praznika pastira. Praznik je očuvan ali se promenio njegov zaštitnik – novi je bio podjednako  jak i bitan.  Sad je ulogu zaštitnika pastira i praznika zaljubljenih preuzeo sveti Valentin (koji je prema legendi pogubljen 14. februara – on  je pre smrti poklonio svojoj dragoj list u obliku srca na kom je napisao „Od tvog Valentina“). Neki se doduše pitaju otkud ideja da se zaštitnikom zaljubljenih proglasi zaštitnik epileptičara i umno bolesnih? Pa, ako se uzme u obzir činjenica da emotivno stanje zaljubljenih, bez obzira na njihov faktor inteligencije, pol i starost, na trenutke i podseća na psihički poremećaj, to i nije možda tako čudno :)
U pravoslavnoj tradiciji 14. februar je praznik svetog Trifuna – koji je između ostalog kao i Valentin, zaštitnik bolesnih i onih koje je zaposeo đavo. Vernici se mole Trifunu da ih čuva od zlih duhova, magije, te da im pomogne oko svakodnevnih stvari. S vremenom on je postao i zaštitnik zaljubljenih i ne sme se zaboraviti da je  Sveti Trifun pre svega zaštitnik baštovana i vinogradara pa samim tim i vina.
Kad smo vec pomenuli svakodnevne stvari - jedna od mojih velikih strasti je kuvanje. Volim vreme provedeno u kuhinji kada od raznoraznih činilo bi se nespojivih elemenata nastane jelo savršenog ukusa. Volim kulinarne eksperimente imajući u vidu da, sve dok je mozaik začina i sastojaka izbalansiran, moguće je napraviti od jela pravo remek-delo. Zato se ne plašim kombinacija slatko-ljuto-kiselo, i gulaš kuvam sa povrćem ali i sa jabukom a sve to je začinjeno miršljavim biberom i cimetom – naravno stalno vodeći računa o balansu. A onda na dan kad se slavi lepota ljubavi i vina pročitam gomilu naslova: Samo izdajice slave Velentina, pravi rodoljubi slave Trifuna! Ne Valentinu, da Trifunu! I očima mašte vidim kako moj idealni gulaš počinje da fermentira, kako je neko, zbog svoje zločestosti, ignorancije, a prvenstveno zbog površnosti i neznanja, u prirodan spoj ubacio šaku koprive i poremetio idealnu ravnotežu sastojaka! Zašto deliti i činiti isključive izbore umesto uravnoteženo spajati? Zar je tako teško zamisliti savršeno jedinstvo ljubavi i vina?
Iz moje poljske, da ne kažem severnjačke perspektive, teško je govoriti o vinu. Klima u Poljskoj ne dozvoljava odgajanje visokokvalitetnih sorti grožđa (samo u okolini Zelene Gore loza može da sazri, ali ni nju ne odlikuje visoki kvalitet), a samim tim proizvodnju vina. Naravno pravi se vino od jabuka, kupina i drugog voća ali to vino nije ni prineti srpskim vinima. Ipak o ljubavnom umeću – posebno kad je reč o poeziji možemo već sasvim ravnopravno pričati. Kroz vekove poljska književnost je iznedrila mnoge majstore ljubavne poezije čiji se stihovi do dan danas koriste za poruke prilikom praznika ljubavi.
Jedan od mojih omiljenih „ljubavnih“ pesnika jeste svakako Kazimjež Pšerva – Tetmajer (Kazimierz PrzerwaTetmajer). Iza njega su ostale predivne erotske pesme poput Volim kada žena (Lubię kiedy kobieta) -  pesma je predivan opis ljubavnog čina prenesen sa svom nežnošću koje je sa sobom nosila poezija kraja XIX veka, Nepoznatoj (Tobie nieznajoma), Govori mi još.. (Mów do mnie jeszcze...), naravno Za Hanicu (Do Hanusi) – prelepa pesma namenjena velikoj pesnikovoj ljubavi, mladoj gorštakini koju je godinama voleo, ali koju nije mogao oženiti zbog pripadnosti različitim društveni slojevima, i na kraju pesma Tražim te, jedna od onih kojima se ja često vraćam:

Tražim te[1]
Tražim te – a kad te vidim,
pravim se, da te ne vidim,

Volim te – a kad te sretnem,
Pravim se, da te ne volim

Umreću zbog tebe – pre smrti,
Viknuću, da umirem slučajno...


Ovaj pesnik, osim po predivnim ljubavnim pesmama – veoma smelim za svoje vreme -  ostao je takođe zapamćen po svojim delima posvećenim lepoti planinskih predela Poljske (posebno Podhalu) i gorštačkom folkloru.

Često u trenucima sentimentalne nežnosti vraćam se pesmama Adama Asnika, Jana Lehonja, Boleslava Le
šmjana, Antonija Slonimskog, prisećajući se perioda kada smo svi zbog neukrotive mladosti mislili da nam je svet na dohvat ruke. I zaista žalim što nema njihovih prevoda na srpski jezik da se poveća krug ljudi koji bi mogli uživati u lepoti nežnih reči i ljubavnih slika.
Volim da ti šapućem reči[2]
Volim da ti šapućem reči koje ništa ne znače
Osim što hrle do tvoga osmeha
Siguran da će tvojim usnama sve da protumače
I ne stide se svoje  brzine i greha...

I medju poljskim pesnikinjama ima pravih majstora ljubavne reči. Za mene najbolja od najboljih su Halina Pošvjatovska i Marija Pavlikovska – Jasnoževska.

Ovo je zapravo strast[3]

Strast je ono
o čemu je pevala violina
zatvorena u tamnoj futroli
u zagušljivoj
kao noć
unutar ljuspice svetla
obeležene noktima zvezdi

ona živi
u tvojim rečima od toplog nara
miriše na breskvu
sunce
uhvaćeno u zelenu mrežu drveta
zrela
nagnuta iznad izgorele trave
teži
ka mojim otvorenim dlanovima
a ja – zatvorena usta
na stranom jeziku učim
reči – tesne kao smrt
ljubav

Naravno spisak pesnika koji su vešto umeli veličati i slaviti moć ljubavi, slast poljubaca, tugu čežnje i rastanka jako je dugačak. Ja sam izabrale one najbliže mom senzibilitetu i želji da volim i budem voljena - želji koja je prisutna u svakom od nas – iako je neki vešto skrivaju. Čudna su došla vremena – mnogi od nas duboko skrivaju emocije i osećanja u strahu da ne budu ismejani i povređeni. Među nama ima sve više usamljenih ljudi koji se skrivaju pod hladnim maskama iako vape za malo topline.
Ja sam lično protivnik praznika ljubavi, žena i sl. Jer ljubav, žene, majke, očeve, decu i svu lepotu ovog sveta treba slaviti i veličati svaki dan. Ali pošto je 14. februar već iza nas, dok  se 08. mart bliži, spremila sam mali poklon... Vi drage moje dame imajte uvek u vidu poruku koju nam je majstorski preneo Aleksa Šantić, a Vi draga gospodo nemojte se stideti lepih nežnih reči:

Ne vjeruj

Ne vjeruj u moje stihove i rime
Kad ti kažu, draga, da te silno volim,
U trenutku svakom da se za te molim
I da ti u stabla urezujem ime -

Ne vjeruj! No kasno, kad se mjesec javi
I prelije srmom vrh modrijeh krša,
Tamo gdje u grmu proljeće leprša
I gdje slatko spava naš jorgovan plavi,

Dođi, čekaću te! U časima tijem,
Kad na grudi moje priljubiš se čvršće,
Osjetiš li, draga, da mi tijelo dršće,
I da silno gorim ognjevima svijem,

Tada vjeruj meni, i ne pitaj više!
Jer istinska ljubav za riječi ne zna;
Ona samo plamti, silna, neoprezna,
Niti mari, draga, da stihove piše!

                                                                                                       Vaša Valentina :) 


[1] Kazimierz Przerwa – Tetmajer – Szukam cię, prev. Dagmara Luković
[2] Bolesław Leśmian - Lubię szeptać ci słowa, prev. Dagmara Luković
[3] Halina Poświadowska – Namiętność to jest to, prev. Dagmara Luković

piątek, 15 lutego 2013

JESIEŃ W LONDYNIE ALBO MILAN PETROVIĆ QUARTET W POŁUDNIE



JESIEŃ W LONDYNIE ALBO MILAN PETROVIĆ QUARTET W POŁUDNIE

Początek lutego zaczął się miłą niespodzianką dla amatorów jazzu. W Młodzieżowym Domu Kultury w Belgradzie rozpoczął się cykl Beogradski Jazz Matine czyli koncerty w sobotę o 13.00, na których publiczności przedstawiają się młode formacje jazzowe. Jakkolwiek dziwna wydaje się pora, pomysł okazał się świetnym trafieniem i już którąś sobotę z rzędu Sala Americana wypełnia się po brzegi publicznością przynależącą do różnych grup wiekowych, społecznych, zawodowych – krótko mówiąc bardzo zróżnicowaną pod każdym względem.
Moją inspiracją do napisania tego tekstu był koncert Milana Petrovicia, którego miałam przyjemność (niekłamaną!) słuchać już, któryś kolejny raz (oczywiście nie koncertu tylko Milana!).
Milan Petrović Quartet to jedna z najaktywniejszych formacji na serbskiej scenie jazzowej. Zespół obok jazzu gra także blues oraz instrumentalny funk. Nierzadko w ich wykonaniu można usłyszeć znane tematy jazzowe w ich oryginalnych, własnych aranżacjach. Taki  jest właśnie ubiegłoroczny album Excursion (2012). Oprócz Milana Petrovicia, świetnego klawiszowca i aranżera, na uwagę zasługuje Lehel Nadji, saksofonista zespołu. A wracając do płyty Excursion to moją szczególną sympatię oprócz już wymienionej w tytule Jesieni w Londynie zdobyły utwory „Belgrade funky town“ oraz „Santorini view“.
Mówiąc o młodych serbskich formacjach jazzowych należy koniecznie wymienić, cieszący się coraz większą sławą, zespół EYOT. Muzycy grający w składzie: fortepian, gitara, perkusja i gitara basowa łączą w swej muzyce delikatny jazz, w którym dominuje wysublimowany fortepian z elementami muzyki etnicznej i ambientu, co w efekcie daje niezwykłe brzmienie na kanwie jazzu www.youtube.com/watch?v=qE9ZPyQ5Udk.
Tyle o Belgradzkim  Jazz Matine. Wśród moich serbskich jazz faworytów jest  saksofonista Nesa Petrović. Trudno jest bowiem pozostać obojętnym słuchając utworu Oranz:  www.youtube.com/watch?v=_BPqs-YudpY . Dużo wcześniej muzyk uczestniczył w ciekawym projekcie muzycznym pod tytułem Campus Caravan.  W roku 2011 można go było posłuchać podczas Belgradzkiego Festiwalu Jazzowego w formacji Nesa Petrović Qurtet: www.youtube.com/watch?v=r-Mw6byNSJE.  Nesa Petrović udziela się nie tylko jako muzyk jazzowy. Jest także od lat saksofonistą w zespole Emira Kusturicy The No Smoking Orchesta  www.youtube.com/watch?v=LTid4v81Q78, który kilkakrotnie gościł również w Polsce.

W Belgradzie jest kilka miejsc, gdzie można posłuchać dobrego jazzu. Te, które ja znam i mogę polecić, to klub Ptica (Ptak) – ze swoim niesamowitym bandem. Poza tym, że dobrze grają, patrząc na nich trudno się oprzeć wrażeniu, że muzycy są jednocześnie pionierami i weteranami jazzu – średnia wieku muzyków to ± 65 lat :) Gdyby tylko ktoś popracował nad wystrojem klubu (jest bez wyrazu, nawet nie można powiedzieć, że jest „zimny” czy niegustowny – jest po prostu całkiem nijaki) mogłoby to być kultowe miejsce, gdzie się gra stary dobry, klasyczny jazz, gdzie zmrużenie oczu przenosiłoby naszą wyobraźnię na początek ubiegłego wieku. Póki co, dobra muzyka w byle jakim otoczeniu.
Jazz Club Cekaonica (Poczekalnia jazzowa) ma całkiem inny charakter. To zdecydowanie undergroundowe miejsce, gdzie trudno spotkać przypadkowych gości – choćby z tego względu, ze wdrapanie się na ósme piętro (winda na ogół nie działa, a nawet jak działa to ja nie odważyłabym się na jazdę, która równa byłaby wyczynowi w stylu „droga w nieznane” – przynajmniej w moim wyobrażeniu). W Cekaonicy można posłuchać niezłej muzyki. W lecie koncerty robione są na tarasie, z którego rozpościera się fenomenalny widok na Belgrad: i jest jak w jednej z piosenek Maanamu – duszna gorąca noc, światła wielkiego miasta, dym z papierosa, a do tego świetny jazz. W takim otoczeniu po raz pierwszy „na żywo” usłyszałam  Katarinę Pejak – fenomenalną jazz wokalistkę – drobną, uroczą  dziewczynę  z pięknym głosem: www.youtube.com/watch?v=1h4dtYwYQ6w  i  www.youtube.com/watch?v=T4A-vHPp_3g Potem jeszcze kilkakrotnie słuchałam Katariny w innych klubach, ale nigdy nie zrobiła mnie takiego wrażenia jak Cekaonicy – było chwilę po północy, na dworze ze 35 stopni, rozgrzane powietrze drgało i nie można się było oprzeć wrażeniu, że miasto faluje, że odpływa, a może przypływa, trudno było oddychać, a sprawy wcale nie ułatwiał powiewający od czasu do czasu gorący, wręcz pustynny wiatr, a ponad wszystkim panował niesamowity głos Katariny Pejak! Cóż za przeżycie!
Amatorom przeżyć wielozmysłowych (tu się jednak nie obejdzie bez zasobnego portfela) z pełną odpowiedzialnością polecam Iguanę: tu jest wszystko jest dobre: dobry jazz, dobre jedzenie, dobry widok na Dunaj.
I na koniec jeszcze jeden klub. Mój ulubiony. Jazzoran. Ukryty przed przypadkowymi gośćmi, otwierający drzwi tylko przed wtajemniczonymi. Woalem tajemnicy okryta jest nie tylko zewnętrzna powłoka (adres), ale i wnętrze (skład zespołu danego wieczoru). A całość udekorowana uśmiechem Nataszy, ogniem z kominka i grzańcem w zimie i głosem Sasy Sopceka czyni całość idealną. Żegnam się więc na dziś Jazztoranowymi klimatami:  www.youtube.com/watch?v=YCg0RhXYXMA